Po pogrzebie ojczyma obcy mężczyzna powiedział mi, gdzie szukać prawdy

Po pogrzebie ojczyma obcy mężczyzna powiedział mi, gdzie szukać prawdy

Pięć dni po pogrzebie Marka stałam w kuchni jego mieszkania i przekładałam na talerz kawałki sernika, którego nikt już nie chciał jeść. Na stole zostały filiżanki po kawie, w przedpokoju piętrzyły się cudze płaszcze, a z klatki schodowej dochodził odgłos zamykanych drzwi. Ludzie powoli wychodzili po spotkaniu po pogrzebie, mówiąc mi, żebym dzwoniła, gdyby czegoś było trzeba.

Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata, a jednak bez Marka czułam się jak dziecko, któremu nagle zabrano ostatnią osobę pamiętającą początek jego życia. Moja mama zmarła, kiedy miałam cztery lata. Marek był jej mężem i od tamtej pory to on mnie wychowywał. Nigdy nie mówiłam o nim „ojczym”, chyba że wymagały tego jakieś urzędowe rubryki.

Przez ostatnie miesiące jeździłam z nim do szpitala, pilnowałam leków, rachunków i terminów badań. Choroba zabrała mu siły szybciej, niż ktokolwiek z nas chciał przyznać. Nawet wtedy martwił się bardziej o to, czy opłaciłam czynsz, niż o siebie.

Kiedy wynosiłam puste szklanki do kuchni, zatrzymał mnie starszy mężczyzna w granatowej marynarce. Kojarzyłam go z cmentarza, ale nie znałam nazwiska.

— Pani jest Anka? — zapytał.

Przytaknęłam.

— Jestem Wiktor. Pracowałem z Markiem w warsztatach PKS, jeszcze zanim pani poszła do szkoły.

Chciałam odpowiedzieć grzecznościowo, ale spojrzał w stronę salonu, gdzie moja ciotka Teresa rozmawiała z kuzynką.

— Marek prosił, żebym po jego śmierci powiedział pani jedną rzecz — dodał ciszej. — W starym kredensie, na samym dole, za szufladą z obrusami, są dokumenty. Proszę je przeczytać, zanim pani zacznie cokolwiek ustalać z rodziną.

Nie zdążyłam zapytać, co miał na myśli. Teresa weszła do kuchni z talerzem w ręku.

— Aniu, ten sernik schować do lodówki? Szkoda wyrzucać.

Wiktor skinął mi głową i wyszedł.

Dopiero wieczorem, kiedy mieszkanie ucichło, otworzyłam kredens. Znałam go od dzieciństwa. W dolnej szufladzie mama trzymała kiedyś obrus w maki, potem Marek wkładał tam rachunki, instrukcje od sprzętów i stare kartki świąteczne.

Za szufladą leżała płaska teczka przewiązana wyblakłą tasiemką.

Zaniosłam ją na stół, nastawiłam wodę na herbatę i dopiero wtedy usiadłam. W środku były pożółkłe pisma, koperty, kilka zdjęć i odpis aktu urodzenia. Na jednym dokumencie przeczytałam nazwisko mamy, nazwisko Marka i słowa „wniosek o przysposobienie”.

Nie rozumiałam od razu.

Przez całe życie wiedziałam tylko tyle, że mój biologiczny ojciec zniknął jeszcze przed moimi narodzinami, a po śmierci mamy Marek „załatwił wszystko w sądzie” i zostałam z nim. Nikt nigdy nie tłumaczył mi szczegółów. Byłam mała, a potem jakoś przestaliśmy o tym mówić.

Między dokumentami znalazłam list mamy do Marka. Krótki, pisany niebieskim atramentem.

Nie będę przytaczać każdego zdania. Najważniejsze było to, że mama chciała, żeby Marek został moim ojcem także formalnie. Umówili termin w sądzie rejonowym i zebrali potrzebne papiery. Nie zdążyli. Dwa dni przed planowanym złożeniem kolejnych dokumentów mama zginęła w wypadku samochodowym.

Pod listem leżała kopia pisma Teresy.

Moja ciotka, młodsza siostra mamy, wystąpiła wtedy o to, żebym trafiła pod jej opiekę. Pisała, że Marek nie jest ze mną spokrewniony, pracuje zmianowo i „nie zapewni dziewczynce właściwego domu”. Dołączyła nawet oświadczenie sąsiadki, która twierdziła, że często wraca późno.

Czytałam to dwa razy. Pamiętałam tę ciotkę jako osobę, która przynosiła mi na imieniny rajstopy, czekoladę i zawsze mówiła, że jestem podobna do mamy. Nigdy nie wspomniała, że próbowała mnie zabrać.

Na końcu teczki znalazłam kartkę zapisaną ręką Marka.

„Anka nie ma być przedmiotem rodzinnej kłótni. Jeśli kiedyś będzie chciała wiedzieć, pokaż jej wszystko. Jeśli nie, niech ma spokojne życie.”

Następnego dnia Teresa zadzwoniła podczas obiadu. Mój mąż spojrzał na mnie znad talerza, bo zwykle odbierałam od niej od razu. Tym razem pozwoliłam, żeby telefon zadzwonił jeszcze dwa razy.

— Chciałam porozmawiać o mieszkaniu Marka — zaczęła. — Pewnie i tak niedługo będziesz je sprzedawać.

— Najpierw chcę porozmawiać o mnie — powiedziałam.

Zapadła cisza.

Spotkałyśmy się dwa dni później w mieszkaniu Marka. Położyłam teczkę na stole. Teresa usiadła przy tym samym miejscu, przy którym na każdą Wigilię kroiła makowiec.

— Znalazłam twoje pisma do sądu — powiedziałam.

Nie zaprzeczyła. Zaczęła poprawiać róg obrusa.

— To były inne czasy.

— Chciałaś mnie zabrać od Marka?

— Chciałam, żebyś została z rodziną.

— On był moją rodziną.

Teresa westchnęła i spojrzała przez okno na parking przed blokiem.

— Miałam dwadzieścia sześć lat. Twoja mama nie żyła, ty miałaś cztery. Bałam się, że ten człowiek sobie nie poradzi. Wtedy naprawdę uważałam, że robię dobrze.

— A później? Przez następne czterdzieści osiem lat też uważałaś, że lepiej mi nie mówić?

Długo nic nie odpowiadała.

— Marek mnie o to prosił — powiedziała w końcu. — Powiedział, że jeśli będziemy przy tobie roztrząsać sąd i papiery, zrobimy z ciebie nagrodę do wygrania. Pokłóciliśmy się wtedy strasznie. Potem zobaczyłam, jak cię wychowuje. Już nie składałam żadnych kolejnych pism.

Nie poczułam ulgi. Nie miałam też ochoty urządzać awantury. Patrzyłam na jej dłonie i myślałam o wszystkich niedzielnych obiadach, podczas których siedziała naprzeciw Marka, wiedząc, co było między nimi.

— Mogłaś mi powiedzieć wcześniej.

— Mogłam — przyznała.

Tydzień później poszłam do kancelarii notarialnej w sprawie testamentu. Marek zostawił mi mieszkanie i niewielkie oszczędności. Teresa nie była w testamencie wymieniona i, wbrew moim wcześniejszym podejrzeniom, nawet o to nie zapytała.

Po spotkaniu wróciłam do mieszkania i zaczęłam porządkować papiery. W jednej z szuflad znalazłam zdjęcie z mojego pierwszego dnia szkoły. Stoję na nim w granatowej spódniczce, z za dużym tornistrem. Marek klęczy obok i poprawia mi kokardę przy kołnierzyku.

Na odwrocie napisał: „Ania, klasa pierwsza. Bała się wejść, ale weszła.”

Włożyłam zdjęcie do teczki z dokumentami, choć właściwie do niej nie pasowało. Potem zrobiłam herbatę w jego wyszczerbionym kubku i usiadłam przy kuchennym stole.

Po kilku minutach zadzwoniła Teresa.

— Znalazłam jeszcze jedno zdjęcie twojej mamy — powiedziała. — Jeśli chcesz, przyniosę.

Spojrzałam na kredens.

— Przynieś w niedzielę — odpowiedziałam. — Zrobię obiad.

Nie powiedziała nic przez chwilę.

— Dobrze. Przyniosę też makowiec.

Odłożyłam telefon i wsunęłam teczkę do szuflady, tym razem już nie za obrusy.